20.02
- Wkrótce Diwali, jeden z najważniejszych hinduskich festiwali, rozświetli ulice. Tymczasem, przygotowujemy się do kolejnego etapu podróży.
- Jest dokładnie 3:00 nad ranem. Czekamy na rozpoczęcie boardingu, czując lekkie podekscytowanie przed kolejnym lotem.
- Boarding przebiega bez większych zakłóceń. Oczywiście, przy drzwiach czeka kolejny funkcjonariusz – wojskowy lub policjant – skrupulatnie sprawdzający, czy nasz bagaż posiada wymaganą liczbę pieczątek. Po przejściu tej formalności, wsiadamy do autobusu, który zawiezie nas prosto do samolotu.
Droga z Chennai - Linie KingFisher to prawdziwie inna klasa podróżowania. Po doświadczeniach na lotnisku w Chennai, wsiadamy do nowego, niezwykle eleganckiego airbusa A330. Wnętrze wypełnia przyjemna muzyka płynąca z głośników, a stewardessy prezentują się w stylowych, czerwonych uniformach. Każdy fotel wyposażony jest w prywatny ekranik – wrażenie jest nawet lepsze niż w Lufthansie. Pierwsze, pozytywne wrażenie na chwilę znika, gdy podczas cofania samolotu zanika napięcie, światło gaśnie, a wszystkie ekrany zaczynają się restartować, wyświetlając komunikaty o bootującym się systemie Linux. Na szczęście, po chwili załoga rezygnuje z odtwarzania nagranej prezentacji bezpieczeństwa i osobiście omawia procedury zapinania pasów oraz użycia maseczek tlenowych.
- Postanawiamy od razu spróbować zasnąć, co okazuje się być bardzo dobrą decyzją. Start samolotu nastąpił dopiero po pewnym czasie, podobnie jak w przypadku innych linii lotniczych.
- Na ekranie przed każdym fotelem można było obserwować widok z przedniej kamery samolotu. To pierwsza taka możliwość, jaką miałem okazję zobaczyć – rozwiązanie zdecydowanie warte zastosowania przez inne linie.
-
- Na pokładzie serwowany jest poczęstunek: dwie bułeczki, woda i owoce. Na razie rezygnujemy z owoców oraz bułki z surówką – zawierała ona jakąś dziwną przyprawę o posmaku pleśni.

- Po około godzinie drzemki, przed siódmą rano, pilot ogłosił, że widziana przez nas wyspa jest tą, na której za chwilę wylądujemy.
- Po wylądowaniu wracamy do indyjskiej rzeczywistości. Lotnisko przypomina scenografię z filmów o odległych zakątkach świata: mały barak „dworcowy”, płyta lotniska, ciągnik przesuwający schodki do samolotu, autobus wyglądający na co najmniej 50-letni i oczywiście policjant zwracający uwagę jednemu z młodszych pasażerów, że nie wolno robić zdjęć telefonem komórkowym. Co ciekawe, ani robiący zdjęcia, ani sam policjant nie wydają się zbytnio przejęci tą uwagą.
- Nie jest zbyt gorąco, ale o 8 rano wydaje nam się, że jest już południe. Wynika to z położenia wysp i faktu, że w całych Indiach obowiązuje ta sama strefa czasowa.

- W hali dworca panuje atmosfera niczym z filmów z Ameryki Południowej. Na suficie wiszą liczne wiatraki. Przy wejściu znajdują się dwa biurka, a przy każdym z nich pracuje po pięć osób – panie w sari i panowie. Pierwsze biurko obsługuje „komisję zdrowotną”. Ponownie musimy wypełnić formularz „health check”, identyczny jak ten w Chennai. Następnie przechodzimy do „Immigration check”, gdzie sprawdzane jest wypełnienie formularza imigracyjnego. Kolejny urzędnik weryfikuje, czy posiadamy wizę w paszporcie. Jeśli nie, do akcji wkracza młody człowiek, który wydaje się najlepiej orientować w procedurach. On wypełnia wszystkie wymagane dokumenty i prosi nas o podanie adresu zamieszkania. Całość przypomina nasze komisje wyborcze w mniejszych miejscowościach – urzędnicy pytają siebie nawzajem o sposób wypełniania formularzy i miejsce na pieczątkę. Turyści, których jest około dwudziestu, wypełniają wszystkie rubryki, zdając sobie sprawę, że nikt tych dokumentów tak naprawdę nie przeczyta.
- Odbieramy bagaż. Przed lotniskiem czeka na nas kierowca z Andaman Holidays – jak się później okazuje, syn właścicielki, z którą ustalaliśmy wszystkie warunki naszego pobytu. To niezwykle pomocne w odnalezieniu się w lokalnej rzeczywistości i pozwala uniknąć stresu związanego z poszukiwaniami.

- Zostajemy odwiezieni do hotelu. Po drodze kierowca opowiada nam o widoku miasta i głównym markecie.
- W hotelu zostajemy szybko zakwaterowani. Zanim udamy się na zasłużony odpoczynek, postanawiamy zwiedzić miasto. Udaje nam się jeszcze załapać na śniadanie. Mimo że słońce jest wysoko na niebie i wydaje nam się, że jest już pierwsza po południu, jest dopiero około 9:00.
- Śniadanie jest całkiem smaczne, choć skromne. Na szczęście jest herbata, choć podawana tylko z mlekiem. Do tego tosty, omlet, dżem i ziemniaki curry. Smakuje wybornie.

- Pokój jest w porządku, biorąc pod uwagę tutejsze warunki. Klimatyzacja działa sprawnie. W pierwszym pokoju nie działał podgrzewacz wody, więc zmieniliśmy lokum. Jest w miarę czysto, chociaż w naszym pokoju mieszka mała jaszczurka i jakiś robaczek. Jak się później okazało, jaszczurek w tej okolicy jest bardzo dużo i zajmują się one głównie polowaniem na komary i inne owady, więc staramy się im nie przeszkadzać.

- Poznajemy naszych sąsiadów, którzy wprowadzają się do pokoju obok. To młodzi turyści z Izraela, którzy spędzają w Indiach już trzeci miesiąc, a zupełnie tego po nich nie widać.