Podróż na Andamany

  1. Nasz pierwszy samolot do Frankfurtu wystartował z niewielkim, bo zaledwie 15-minutowym opóźnieniem. Na miejsce dotarliśmy zgodnie z planem, co dało nam komfortowe 2,5 godziny na przesiadkę.
  2. Postanowiliśmy ograniczyć się do krótkiego rekonesansu lotniska we Frankfurcie. Nie mieliśmy ochoty na wyprawę do nowego terminala, a ten, który znamy, nie robi wrażenia jednego z największych w Europie.
    Od Andaman Islands
  3. Podczas odprawy na lot do Chennai usłyszeliśmy intrygującą ofertę. Ogłoszono, że poszukiwani są ochotnicy, którzy zgodzą się polecieć do Chennai inną trasą, przez Bangalore. W zamian obiecano premię w wysokości 600 euro. Nie zauważyliśmy, czy ktoś skorzystał z tej propozycji. My sami rozważaliśmy tę opcję, jednak nie mieliśmy pewności co do losu naszego bagażu nadanego w Polsce. Ostatecznie 1200 euro nie zostało przez nas „łatwo” zarobione. Zastanawiam się, czy premia była wypłacana w gotówce, czy może w formie bonów lub mil lotniczych.
  4. Lot do Chennai minął nam bardzo przyjemnie. Lufthansa oferuje całkiem niezły system rozrywki pokładowej – każdy pasażer ma do dyspozycji niewielki ekran, na którym można wybrać muzykę lub filmy. Wśród dostępnych produkcji znalazły się nowości takie jak „Anioły i Demony”, „Solista”, „Transformers 2” czy „Epoka Lodowcowa 3”.
  5. Serwowane posiłki były smaczne – obejmowały przekąskę, obiad i kolację. Na uwagę zasługuje wysoki poziom obsługi w porównaniu do innych linii lotniczych. Stewesy reagowały na każde wezwanie, choć ciekawe było, że wiele z tych wezwań było „fałszywych”. Okazało się, że przycisk przywołania można przypadkowo wcisnąć łokciem (w samolocie typu airbus a340-300).
  6. Przylot do Chennai nastąpił punktualnie. Musieliśmy wypełnić dwa formularze – jeden podobny do tych amerykańskich, dotyczący celu wizyty, oraz drugi – kwestionariusz zdrowotny. Choć nikt z nas nie czytał ich dokładnie, po przylocie dokumenty były sprawdzane przez trzy osoby na różnych stanowiskach.
  7. Na lotnisku zainstalowano również skanery temperatury. Osoba je obsługująca, ubrana w maseczkę, skupiała się jednak jedynie na przybijaniu pieczątki na formularzu, ignorując odczyty z ekranu.
  8. Nasze bagaże dotarły w komplecie, a ich odbiór przebiegł stosunkowo szybko.
  9. Po wyjściu z terminala natknęliśmy się na „doradcę”, który zapytał, którą linię lotniczą szukamy. Po chwili zaproponował wymianę pieniędzy. Wolałem jednak skorzystać z bankomatu, więc zapytałem o najbliższy ATM. Ku mojemu zdziwieniu, uprzejmy pan bez problemu wskazał mi drogę. Niestety, przy próbie wypłaty 25 000 INR bankomat poprosił o mniejszą kwotę. Po wpisaniu 10 000 INR, po chwili liczenia, bankomat wypłacił jedynie 400 INR i poprosił o sprawdzenie, czy kwota na rachunku zgadza się z wypłaconą. Dopiero po uzyskaniu dostępu do sieci będę mógł zweryfikować zapis na koncie – na wszelki wypadek zachowuję kopię potwierdzenia.
  10. Po wyjściu z bankomatu nasz „doradca” ponownie zapytał, czy chcemy wymienić dolary. Zapytałem o kolejny bankomat. Wskazał mi inny, ale zrezygnowałem. Zakładam, że wymiany dokonamy już w Port Blair.
  11. Do odprawy musimy poczekać co najmniej dwie godziny. Jest 1:30. Kolejka jest już spora, ponieważ pierwszy lot z krajowego terminala odlatuje o 4:30. Nasz jest kolejny – o 4:55.
  12. Teoretycznie na lotnisku dostępne jest połączenie internetowe – Tata Industry oferuje Wi-Fi. Udało mi się połączyć telefonem i wyświetlić stronę płatności, jednak laptop już nie mógł nawiązać połączenia. Siedzący obok młodzi Hindusi, informatycy podróżujący do domu, potwierdzili, że widzą sieć, ale również nie mogą się do niej podłączyć.
  13. Na lotnisku poznaliśmy chłopaka z USA, który wraca na kilka dni do Hyderabadu. Jest w podróży od 40 godzin, a jego ostatnim portem był Singapur. Co ciekawe, pracuje w Burlingham, w Walmart.com – prawdopodobnie mamy wspólnych znajomych.
  14. Nie udało nam się przespać na lotnisku, choć szczerze mówiąc, nie mieliśmy też takiej ochoty. Do odprawy ruszamy o 2:30. Linie Kingfisher przygotowały wszystko profesjonalnie, jednak i tutaj widać pewien przerost zatrudnienia i biurokracji. Na każdym stanowisku pracuje po 2-3 osoby, a pomiędzy nimi kręci się jeszcze po 2-3 koordynatorów, wskazujących, gdzie należy się udać. Niestety, nikt nie poinformował nas wcześniej, że odprawa odbywa się w innym pomieszczeniu niż widoczny napis „check-in”. Na szczęście, dzięki doświadczeniu zdobytemu podczas podróży z przewodnikami, sprawdziliśmy drugie pomieszczenie, gdzie już ustawiała się kolejka.
  15. Najpierw należy oddać bagaże do przeskanowania i otrzymać pieczątkę potwierdzającą tę czynność. Następnie udajemy się do stanowiska odprawy, gdzie nadajemy bagaż i otrzymujemy karty pokładowe. Co ciekawe, wszystko działa bez zarzutu, z wyjątkiem jednego stanowiska do odkładania bagaży. Przy obsłudze naszego stanowiska pracowały dwie osoby, co jest interesujące w kontekście panujących trendów i faktu, że w USA na lotach krajowych często spotyka się jedynie stanowiska samoobsługowe. Jednak tutaj jest to norma. Niestety, nie eliminuje to całkowicie pomyłek. W naszym przypadku obyło się bez błędów, a byłem nawet zaskoczony, że numery kart lojalnościowych KLM zostały poprawnie wprowadzone do systemu – czego na przykład Lufthansa i LOT nie potrafiły dopilnować.
  16. Teraz pozostał nam jedynie „security check”, czyli sprawdzenie, czy mamy wszystkie wymagane pieczątki na bagażu podręcznym, skanowanie wykrywaczem metalu oraz kontrola zawartości kieszeni. Kobiety są sprawdzane za osobnym parawanem.