20.02
- Nasz pierwszy samolot do Frankfurtu wystartował z niewielkim, bo zaledwie 15-minutowym opóźnieniem. Na miejsce dotarliśmy zgodnie z planem, co dało nam komfortowe 2,5 godziny na przesiadkę.
- Postanowiliśmy ograniczyć się do krótkiego rekonesansu lotniska we Frankfurcie. Nie mieliśmy ochoty na wyprawę do nowego terminala, a ten, który znamy, nie robi wrażenia jednego z największych w Europie.
Od Andaman Islands - Podczas odprawy na lot do Chennai usłyszeliśmy intrygującą ofertę. Ogłoszono, że poszukiwani są ochotnicy, którzy zgodzą się polecieć do Chennai inną trasą, przez Bangalore. W zamian obiecano premię w wysokości 600 euro. Nie zauważyliśmy, czy ktoś skorzystał z tej propozycji. My sami rozważaliśmy tę opcję, jednak nie mieliśmy pewności co do losu naszego bagażu nadanego w Polsce. Ostatecznie 1200 euro nie zostało przez nas „łatwo” zarobione. Zastanawiam się, czy premia była wypłacana w gotówce, czy może w formie bonów lub mil lotniczych.
- Lot do Chennai minął nam bardzo przyjemnie. Lufthansa oferuje całkiem niezły system rozrywki pokładowej – każdy pasażer ma do dyspozycji niewielki ekran, na którym można wybrać muzykę lub filmy. Wśród dostępnych produkcji znalazły się nowości takie jak „Anioły i Demony”, „Solista”, „Transformers 2” czy „Epoka Lodowcowa 3”.
- Serwowane posiłki były smaczne – obejmowały przekąskę, obiad i kolację. Na uwagę zasługuje wysoki poziom obsługi w porównaniu do innych linii lotniczych. Stewesy reagowały na każde wezwanie, choć ciekawe było, że wiele z tych wezwań było „fałszywych”. Okazało się, że przycisk przywołania można przypadkowo wcisnąć łokciem (w samolocie typu airbus a340-300).
- Przylot do Chennai nastąpił punktualnie. Musieliśmy wypełnić dwa formularze – jeden podobny do tych amerykańskich, dotyczący celu wizyty, oraz drugi – kwestionariusz zdrowotny. Choć nikt z nas nie czytał ich dokładnie, po przylocie dokumenty były sprawdzane przez trzy osoby na różnych stanowiskach.
- Na lotnisku zainstalowano również skanery temperatury. Osoba je obsługująca, ubrana w maseczkę, skupiała się jednak jedynie na przybijaniu pieczątki na formularzu, ignorując odczyty z ekranu.
- Nasze bagaże dotarły w komplecie, a ich odbiór przebiegł stosunkowo szybko.
- Po wyjściu z terminala natknęliśmy się na „doradcę”, który zapytał, którą linię lotniczą szukamy. Po chwili zaproponował wymianę pieniędzy. Wolałem jednak skorzystać z bankomatu, więc zapytałem o najbliższy ATM. Ku mojemu zdziwieniu, uprzejmy pan bez problemu wskazał mi drogę. Niestety, przy próbie wypłaty 25 000 INR bankomat poprosił o mniejszą kwotę. Po wpisaniu 10 000 INR, po chwili liczenia, bankomat wypłacił jedynie 400 INR i poprosił o sprawdzenie, czy kwota na rachunku zgadza się z wypłaconą. Dopiero po uzyskaniu dostępu do sieci będę mógł zweryfikować zapis na koncie – na wszelki wypadek zachowuję kopię potwierdzenia.
- Po wyjściu z bankomatu nasz „doradca” ponownie zapytał, czy chcemy wymienić dolary. Zapytałem o kolejny bankomat. Wskazał mi inny, ale zrezygnowałem. Zakładam, że wymiany dokonamy już w Port Blair.
- Do odprawy musimy poczekać co najmniej dwie godziny. Jest 1:30. Kolejka jest już spora, ponieważ pierwszy lot z krajowego terminala odlatuje o 4:30. Nasz jest kolejny – o 4:55.
- Teoretycznie na lotnisku dostępne jest połączenie internetowe – Tata Industry oferuje Wi-Fi. Udało mi się połączyć telefonem i wyświetlić stronę płatności, jednak laptop już nie mógł nawiązać połączenia. Siedzący obok młodzi Hindusi, informatycy podróżujący do domu, potwierdzili, że widzą sieć, ale również nie mogą się do niej podłączyć.
- Na lotnisku poznaliśmy chłopaka z USA, który wraca na kilka dni do Hyderabadu. Jest w podróży od 40 godzin, a jego ostatnim portem był Singapur. Co ciekawe, pracuje w Burlingham, w Walmart.com – prawdopodobnie mamy wspólnych znajomych.
- Nie udało nam się przespać na lotnisku, choć szczerze mówiąc, nie mieliśmy też takiej ochoty. Do odprawy ruszamy o 2:30. Linie Kingfisher przygotowały wszystko profesjonalnie, jednak i tutaj widać pewien przerost zatrudnienia i biurokracji. Na każdym stanowisku pracuje po 2-3 osoby, a pomiędzy nimi kręci się jeszcze po 2-3 koordynatorów, wskazujących, gdzie należy się udać. Niestety, nikt nie poinformował nas wcześniej, że odprawa odbywa się w innym pomieszczeniu niż widoczny napis „check-in”. Na szczęście, dzięki doświadczeniu zdobytemu podczas podróży z przewodnikami, sprawdziliśmy drugie pomieszczenie, gdzie już ustawiała się kolejka.
- Najpierw należy oddać bagaże do przeskanowania i otrzymać pieczątkę potwierdzającą tę czynność. Następnie udajemy się do stanowiska odprawy, gdzie nadajemy bagaż i otrzymujemy karty pokładowe. Co ciekawe, wszystko działa bez zarzutu, z wyjątkiem jednego stanowiska do odkładania bagaży. Przy obsłudze naszego stanowiska pracowały dwie osoby, co jest interesujące w kontekście panujących trendów i faktu, że w USA na lotach krajowych często spotyka się jedynie stanowiska samoobsługowe. Jednak tutaj jest to norma. Niestety, nie eliminuje to całkowicie pomyłek. W naszym przypadku obyło się bez błędów, a byłem nawet zaskoczony, że numery kart lojalnościowych KLM zostały poprawnie wprowadzone do systemu – czego na przykład Lufthansa i LOT nie potrafiły dopilnować.
- Teraz pozostał nam jedynie „security check”, czyli sprawdzenie, czy mamy wszystkie wymagane pieczątki na bagażu podręcznym, skanowanie wykrywaczem metalu oraz kontrola zawartości kieszeni. Kobiety są sprawdzane za osobnym parawanem.