Powrót do Port Blair

Budzimy się około 8 rano, dopiero na dźwięk budzika. Niedługo potem, około 8:15, wiatraki przestają wirować, co oznacza, że ponownie wyłączono prąd. Po chwili słyszymy jednak dźwięk hotelowego generatora i prąd wraca. Prawdopodobnie napięcie jest niższe niż zwykle, ponieważ klimatyzacja nie działa.

Po śniadaniu dokonujemy wymeldowania. Z kierowcą umówiliśmy się na odbiór o 10:00. Ma nas zawieźć do innego hotelu, oddalonego o kilometr od portu, gdzie będziemy mogli „sit & relax on the beach and take lunch”. W tym drugim hotelu czekał na nas nasz drugi opiekun, który zajmował się biletami na prom. Wydaje się, że zależało im również na tym, abyśmy zobaczyli inny hotel sieci Sea Shell – w sumie był nieco tańszy i również sprawiał wrażenie czystego i zadbanego.

Przy hotelu, zaledwie 100 metrów od brzegu, znajdowała się niewielka rafa. Spędziliśmy tam godzinę na snorkelingu, podziwiając kolorowe ryby i koralowce.

Po relaksie na plaży zjedliśmy pizzę na lunch. Było to danie, które chyba nie jest tutaj zbyt popularne. Okazało się, że w kuchni hotelowej pracowała Rosjanka, choć nie udało nam się ustalić, czy jest tam na stałe, czy tylko przejazdem.

O 13:30 zjawił się nasz kierowca i zawiózł nas do portu.


Pierwsza przygoda – Incredible India, czyli jak dostać się na prom powrotny

Posiadanie biletów na prom nie gwarantuje, że zostaniemy na niego wpuszczeni. W takich sytuacjach przydaje się pomoc taksówkarza lub przewodnika. Okazało się, że nasze bilety były wystawione na zupełnie inne nazwiska. Nazwa łodzi, która przypłynęła, różniła się od tej, którą mieliśmy pierwotnie płynąć, a kapitan poinformował, że zabiera tylko osoby z biletami w kolorze różowym. Nasz przewodnik miał dla nas bilety w kolorze niebieskim.
Tłum hinduskich turystów niemalże walczył z obsługą, a chwilę później z policjantem trzymającym kij. Nasz przewodnik kazał nam czekać i postawić bagaże na ziemi. Po chwili statek, przy którym czekaliśmy, zaczął odpływać. Wtedy drugi z naszych opiekunów zawołał nas na inny prom, gdzie kapitan zgodził się zabrać wszystkie osoby z niebieskimi biletami. Ogłoszono jedynie, że pasażerowie bez biletów nie mogą zajmować miejsc siedzących, co większość zignorowała, szukając wolnych miejsc w kabinach i głównej sali z fotelami. My zajęliśmy miejsca gdzieś w przejściu, prawdopodobnie na progu wyjściowym ze statku. Po chwili ktoś poinformował nas, że są jeszcze wolne miejsca siedzące na dolnym pokładzie, ale w sumie nie mieliśmy potrzeby zmiany miejsca.

W porcie czekali już na nas koledzy z agencji podróży, którzy podwieźli nas do hotelu (ponownie Megapode Net). Rano w Port Blair padał deszcz – podobno krótko, około 30 minut, ale za to intensywnie. O 16:30 wciąż widoczne były kałuże.

Procedura meldowania się ponownie zajęła nam trochę czasu – obcokrajowcy muszą wypełnić więcej dokumentów.

Z chłopakami umówiliśmy się na ostateczne rozliczenie na godzinę 18:00. Zostało nam więc trochę czasu na szybki, zimny prysznic (wygląda na to, że bojler nie działa…).

Po raz pierwszy koledzy spóźnili się – jak na nich, to sporo, bo aż 30 minut. Ale za to zaskoczyli nas prezentem w postaci kubka z logo firmy 🙂

Dodatkowo polecili nam kolację w restauracji wegetariańskiej ANAPARATHA CAFFETERIA, znajdującej się w samym centrum Port Blair. Oczywiście, zanim polecą jakąkolwiek restaurację, ustalają, czy jedzenie ma być wegetariańskie, czy też nie – wybieramy naturalnie wegetariańskie. Ilość klientów w środku powaliła nas – lokal był pełen! Na szczęście Hindusi są bardzo pomocni i od razu jeden z klientów (oczekujący chyba na danie na wynos) skierował nas do następnej sali, gdzie zorganizowano dla nas mały stolik. Tradycyjnie wewnątrz klimatyzacja była ustawiona na minimum, więc my marzliśmy, a Hindusi delektowali się chłodem. Menu – jedna kartka, dwustronna – większość nazw niewiele nam mówi. Tu z pomocą zjawia się poznany dwa dni wcześniej na Elephant Beach hinduski turysta wraz z córką. Podpowiadają, co zamówić, aby nie było zbyt ostro, i sugerują, że danie, po uzupełnieniu chlebkami naan, można podzielić na dwie osoby. Danie (ser w pysznym zielonym sosie) nie jest może zbyt duże, ale dzięki temu pozostaje jeszcze miejsce na konsumpcję Chahoui Pouri (chyba tak się to nazywało) – placka smażonego w głębokim tłuszczu, podawanego w formie nadmuchanego balona. Jest to chyba tutejsza atrakcja, ponieważ wszyscy się tym zachwycali. Oczywiście, jeszcze wspólne zdjęcie z nieznajomymi i ich nieśmiałą córeczką, i można wyruszyć na główny rynek.

Zachwycające jest to, że nikt nie zaczepia, nie zachwala swoich towarów i nie narzuca się. Na straganach mnóstwo raczej nietutejszych owoców – pomarańcze (pewnie znowu z Australii) i czerwone jabłka (równiutkie jak z Europy Zachodniej). W związku z tym, że jest już 20:30, sklepy wygaszają światła i zamykają się. Między kilkoma budkami miga kilka razy napis HOTEL – cieszymy się bardzo, że w żadnym z nich nie zrobiliśmy rezerwacji 🙂

Tak naprawdę jestem pod wrażeniem miasta. Nie wiem, czy to urok wieczoru (w końcu temperatura spada poniżej 30°C), czy też pory roku (pewnie brak monsunów też ma duże znaczenie), ale mogłabym się po tym rynku jeszcze trochę powałęsać. W niczym nie przeszkadzają wędrujące chodnikami krowy (o ile rzucone byle jak płyty betonowe można w ogóle nazwać chodnikiem) – tutejsi mieszkańcy poklepują je lekko, aby zmienić kierunek ich spaceru (tak abyśmy nie musieli się z nimi spotykać), ani dobijający z bajorka fetorek. W gruncie rzeczy zapach ten miesza się z zapachem kadzidełek i kwiatów, które kobiety wpinają sobie we włosy.

Jak kupić telefoniczną kartę pre-paid? Otóż nie da się tak łatwo… Należy przedstawić dokument tożsamości, dołączyć jego kserokopię, wypełnić wniosek na zakup karty, aby następnie oczekiwać na pozwolenie na jej wydanie :))))